Krótkim wspomnieniem z kwietniowej wędrówki przez krokusowe szlaki oficjalnie WITAMY WIOSNĘ na naszym blogu :)
Relację z wyjazdu będzie można przeczytać po weekendzie "majówkowym", a tymczasem zapraszam do obejrzenia zdjęć.
ZDJĘCIA
czwartek, 2 maja 2013
wtorek, 30 kwietnia 2013
31 marzec - 2 kwiecień 2013 - Wysokiego Alleluja, czyli Wielkanoc Tatrzańska
Poza aspektem religijnym, święta w naszej tradycji uważane są za czas rodzinny, spędzany w domach z najbliższymi i odwiedzaniu bliższych i dalszych krewnych, przyjaciół. My postanowiliśmy odwiedzić w tym czasie także naszych przyjaciół skalnych, choć pokrytych jeszcze grubą warstwą śniegu i udaliśmy się w Tatry. Wyjazd ten możemy uznać za udane połączenie idei Świąt i przyjemnego odpoczynku poza domami - jak się okazało, jedno nie wyklucza drugiego i da się ze sobą pogodzić tak, by i dla bliskich pozostających w domach tego świątecznego czasu nie zabrakło. A teraz słów kilka o naszej Wielkanocy, którą spędziliśmy w schronisku w Dolinie Roztoki. (Przy okazji pochwała dla schroniska za schludność i przyjemne, kameralne warunki pobytu.)
Bohaterem pierwszego planu zostało jajko, które w pisankę zamienił Sławek, odkrywający w sobie talent artystyczny. Tak nam się to rękodzieło Sławka spodobało, że żadne z nas nie chciało go zjeść - takim to sposobem owe jajko spędziło z nami Święta, zachowując swą urokliwą skorupkę. :)
Pobyt w Roztoce rozpoczęliśmy niedzielnym wieczorem od miłych rozmów przy kolacji. Świąteczny nastrój podtrzymywały wielkanocne potrawy, które przywieźliśmy ze sobą. Była to ciężka próba dla naszych brzuchów, które poza pokaźną ilością jedzenia musiały zmierzyć się z równie pokaźną ilością śmiechu, co dzielnie zniosły.
Pierwszego dnia pobytu udaliśmy się spacerowym tempem nad Morskie Oko - wybór szlaku dostosowaliśmy do pogody, a słońce w tym dniu najwyraźniej postanowiło odpocząć i nie oświetlało nam drogi. Warunki do wędrowania nie były jednak złe, gdyż nie przyłączył się do nas ani wiatr ani padający śnieg - szło nam się o tyle przyjemnie, że prawie pustym szlakiem, w ciszy i w otoczeniu tatrzańskiej przyrody.
Drugiego dnia powitała nas piękna, słoneczna pogoda, zachęcając do wyruszenia Doliną Roztoki i czarnym szlakiem do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Wspaniale mieniły się w promieniach słońca gałęzie drzew zamknięte w lodzie, więc nie żałowaliśmy czasu na przystawanie i przyglądanie się im. W schronisku w Dolinie Pięciu Stawów zjedliśmy drugie śniadanie, po czym udaliśmy się w kierunku szlaku na Kozi Wierch. I właśnie tutaj dwoje z naszej trójki uległo błogiemu lenistwu i przysiadło przy "szlakowskazie", wygrzewając się w słońcu i pozostawiając ratowanie honoru zespołu Sławkowi, który wyruszył w dalszą drogę i dotarł co najmniej do połowy stoku Koziego Wierchu. Po powrocie Sławka ulżyliśmy plecakom, zjadając resztę ciast i jeszcze spoglądając za siebie, skierowaliśmy się ku schronisku i dalej czarnemu szlakowi, który szlakiem zielonym poprowadził nas do naszej bazy w Dolinie Roztoki. Tutaj dobiegał końca nasz wielkanocny czas spędzany z Tatrami i rozpoczynał się powrót do domów. We wspomnieniach trwał on jednak nadal.
ZDJĘCIA
Bohaterem pierwszego planu zostało jajko, które w pisankę zamienił Sławek, odkrywający w sobie talent artystyczny. Tak nam się to rękodzieło Sławka spodobało, że żadne z nas nie chciało go zjeść - takim to sposobem owe jajko spędziło z nami Święta, zachowując swą urokliwą skorupkę. :)
Pobyt w Roztoce rozpoczęliśmy niedzielnym wieczorem od miłych rozmów przy kolacji. Świąteczny nastrój podtrzymywały wielkanocne potrawy, które przywieźliśmy ze sobą. Była to ciężka próba dla naszych brzuchów, które poza pokaźną ilością jedzenia musiały zmierzyć się z równie pokaźną ilością śmiechu, co dzielnie zniosły.
Pierwszego dnia pobytu udaliśmy się spacerowym tempem nad Morskie Oko - wybór szlaku dostosowaliśmy do pogody, a słońce w tym dniu najwyraźniej postanowiło odpocząć i nie oświetlało nam drogi. Warunki do wędrowania nie były jednak złe, gdyż nie przyłączył się do nas ani wiatr ani padający śnieg - szło nam się o tyle przyjemnie, że prawie pustym szlakiem, w ciszy i w otoczeniu tatrzańskiej przyrody.
Drugiego dnia powitała nas piękna, słoneczna pogoda, zachęcając do wyruszenia Doliną Roztoki i czarnym szlakiem do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Wspaniale mieniły się w promieniach słońca gałęzie drzew zamknięte w lodzie, więc nie żałowaliśmy czasu na przystawanie i przyglądanie się im. W schronisku w Dolinie Pięciu Stawów zjedliśmy drugie śniadanie, po czym udaliśmy się w kierunku szlaku na Kozi Wierch. I właśnie tutaj dwoje z naszej trójki uległo błogiemu lenistwu i przysiadło przy "szlakowskazie", wygrzewając się w słońcu i pozostawiając ratowanie honoru zespołu Sławkowi, który wyruszył w dalszą drogę i dotarł co najmniej do połowy stoku Koziego Wierchu. Po powrocie Sławka ulżyliśmy plecakom, zjadając resztę ciast i jeszcze spoglądając za siebie, skierowaliśmy się ku schronisku i dalej czarnemu szlakowi, który szlakiem zielonym poprowadził nas do naszej bazy w Dolinie Roztoki. Tutaj dobiegał końca nasz wielkanocny czas spędzany z Tatrami i rozpoczynał się powrót do domów. We wspomnieniach trwał on jednak nadal.
ZDJĘCIA
sobota, 27 kwietnia 2013
10 marzec 2013 - Zawrat
Marcowe wejście na Zawrat rozpoczęliśmy dość często uczęszczaną przez nas tej zimy trasą, mianowicie żółtym szlakiem prowadzącym z Kuźnic do schroniska w Murowańcu. Niestety pogoda postanowiła nas tym razem nie rozpieszczać i podczas całej wędrówki słońce wyjrzało zza chmur zaledwie kilka razy, po czym na dobre się za nimi ukryło. Brak widoku pięknych tatrzańskich panoram Panowie postanowili zrekompensować sobie widokiem tego, co znajdowało się w zasięgu ich oczu i rąk - zaglądając do pudełka, w którym wędrowały z nami rurki z kremem. Rurkom nie udało się dotrzeć do Murowańca - zniknęły w rejonie Karczmiska. My natomiast do schroniska dotarliśmy, zjedliśmy syte śniadanie i ustaliwszy dalszy przebieg wędrówki, podzieliliśmy się na dwa zespoły, z których jeden wyruszył ku Zawratowi, a drugi podążył tą samą drogą ku Czarnemu Stawowi Gąsienicowemu.
Droga na Zawrat nie sprawiała problemów i aż do Zmarzłego Stawu była nawet przyjemna. Bardziej uciążliwa stała się na odcinku od Zmarzłego Stawu przez Zawratowy Żleb, gdzie mimo początkowo dobrze wybitych w śniegu stopni, zaczęliśmy tracić dobrą widoczność i pięliśmy się w kierunku szczytu trochę "na czuja", mając zasięg widoczności 50 - 30 metrów. Na wysokości Mylnej Przełęczy minęło nas kilku zjeżdżających Zawratowym Żlebem skiturowców i od tego momentu nie spotkaliśmy już przed nami nikogo. Na wysokości Zawratowej Turni skończyły się także wydeptane stopnie i dalszy odcinek drogi pokonywaliśmy już bez żadnych taryf ulgowych. Przed zejściem założyliśmy raki, a następnie udaliśmy się w drogę powrotną do Murowańca, gdzie czekał na nas drugi zespół. Do Kuźnic wróciliśmy, podążając szlakiem niebieskim.
ZDJĘCIA
Droga na Zawrat nie sprawiała problemów i aż do Zmarzłego Stawu była nawet przyjemna. Bardziej uciążliwa stała się na odcinku od Zmarzłego Stawu przez Zawratowy Żleb, gdzie mimo początkowo dobrze wybitych w śniegu stopni, zaczęliśmy tracić dobrą widoczność i pięliśmy się w kierunku szczytu trochę "na czuja", mając zasięg widoczności 50 - 30 metrów. Na wysokości Mylnej Przełęczy minęło nas kilku zjeżdżających Zawratowym Żlebem skiturowców i od tego momentu nie spotkaliśmy już przed nami nikogo. Na wysokości Zawratowej Turni skończyły się także wydeptane stopnie i dalszy odcinek drogi pokonywaliśmy już bez żadnych taryf ulgowych. Przed zejściem założyliśmy raki, a następnie udaliśmy się w drogę powrotną do Murowańca, gdzie czekał na nas drugi zespół. Do Kuźnic wróciliśmy, podążając szlakiem niebieskim.
ZDJĘCIA
poniedziałek, 15 kwietnia 2013
KROKUSY
W poniedziałek - dzwoniłem do schroniska na Chochołowskiej Polanie i miła pani poinformowała mnie, że już ok 15% polany jest pokrytej krokusami - do niedzieli będzie ich zdecydowanie więcej!!!
Termin 21 kwietnia wydaje się być niezagrożony!!!!
Proszę w komentarzach pisać kto się wybiera !
Termin 21 kwietnia wydaje się być niezagrożony!!!!
Proszę w komentarzach pisać kto się wybiera !
sobota, 30 marca 2013
Chochołowskie Krokusy
Życząc wszytkim czytelnikom i znajomym ze szlaków Wesołych Świąt (choć nie wiem jakich), mam
pytanie.
Czy ktoś już pilnuje kwitnienia Krokusów i planuje datę wyjścia na Krokusy na Polanie Chochołowskiej?
Mam nadzieję że jeszcze nie kwitną (zima znów przyszła).
Ale około połowy kwietnia będę już na tyle miał sił po operacji, że wreszcie dołączę do Górołazów.
Bardzo się Cieszę, że Magda tak pięknie pisze i blog nie umarł.
Pozdrawiam Rafał Duży.
pytanie.
Czy ktoś już pilnuje kwitnienia Krokusów i planuje datę wyjścia na Krokusy na Polanie Chochołowskiej?
Mam nadzieję że jeszcze nie kwitną (zima znów przyszła).
Ale około połowy kwietnia będę już na tyle miał sił po operacji, że wreszcie dołączę do Górołazów.
Bardzo się Cieszę, że Magda tak pięknie pisze i blog nie umarł.
Pozdrawiam Rafał Duży.
piątek, 29 marca 2013
23/24 luty 2013 – Wyrypa Beskidzka, edycja zimowa
Była to właściwie I Samozwańcza
Zimowa Wyrypa Beskidzka, gdyż odbyła się ona bez udziału
pomysłodawcy i organizatora cyklu Wyryp, Marka Bytom z katowickiego
klubu Namaste, który na kilka dni przed wyznaczonym terminem odwołał
wydarzenie, za przyczynę podając „bardzo trudne warunki na
beskidzkich szlakach”. Na osobę Marka została już pchnięta fala
ocen i krytyki, więc swojej kropli do tej fali nie dodam. Jako
pomysłodawca i organizator miał prawo podjąć taką decyzję i ją
podjął. My podjęliśmy własne decyzje i postanowiliśmy jednak na
trasę Wyrypy wyruszyć, spontanicznie i niezależnie od siebie
formując grupę kilkudziesięciu osób, które zgodnie z planem
stawiły się na starcie, by zmierzyć się zarówno z zimowymi
warunkami na beskidzkich szlakach jak i z sobą samym.
Ideą Wyrypy Zimowej jest przejście dystansu 50-ciu km w czasie 26-ciu godzin wyznaczoną wcześniej trasą, która wiedzie beskidzkimi szlakami. Pierwsi uczestnicy Wyrypiarze – Samozwańcy pojawili się w miejscu startu, czyli Chacie na Zagroniu już wczesnym sobotnim rankiem. Kolejni (m.in. nasza czwóreczka) meldowali swoją gotowość do wyruszenia troszkę później, a przed południem wszyscy uczestnicy znajdowali się już na szlaku.
Trasa tegorocznej zimowej edycji rozpoczynała i kończyła się we wspomnianej Chacie na Zagroniu, skąd żółtym szlakiem wiodła przez Lipowską na Rysiankę. Następnie szlakiem czerwonym na Trzy Kopce i dalej niebieskim na Krawców Wierch. Tutaj znów pojawiał się kolor żółty, który prowadził nas przez Glinkę i Soblówkę do szlaku czarnego, a ten z kolei do schroniska na Rycerzowej. Stąd droga wiodła przez Kotarz, Muńcuł i Ujsoły, a z nich już niedaleko było do osiągnięcia mety, na którą kierowaliśmy się szlakiem czarnym.
Pogoda była dla nas dość łaskawa, choć niestety słońce zza chmur wyjrzało tylko raz na krótką chwilę i po raz kolejny już się nie pokazało. Podczas marszu było nam jednak ciepło i kolejne warstwy odzieży trafiały do plecaków. Od czasu do czasu wiał wiatr, a momentami przypominał nam o sobie także padający śnieg, Ogólnie jednak warunki pogodowe nie były złe i nie utrudniały nam wędrowania w sposób ciągły. Z warunkami terenowymi bywało różnie, ale każdy kto wyruszał na trasę Wyrypy, miał świadomość czego mniej – więcej spodziewać się zimą, więc większego zaskoczenia nie było. Przypuszczam, że Ci z uczestników beskidzkich zmagań, którzy regularnie wędrują po górach, nie raz doświadczyli już warunków gorszych lub nawet spartańskich.
Szlaki, którymi wędrowaliśmy nie były rewelacyjnie przetarte, jednak przedeptane troszkę tak i raczej trudno byłoby się zgubić. Na temat uciążliwości trasy pojawiłoby się tyle zdań, ile osób ukończyło Wyrypę – jednym bardziej dał się we znaki odcinek prowadzący na Krawców Wierch, innym podejście na Rycerzową, jeszcze inni wskazaliby na Kotarz i Muńcuł, które znalazły się w drugiej połowie trasy i rzeczywiście były już słabo przetarte. Ten etap wymagał największego przekopywania się przez zalegający śnieg, którego raz mieliśmy po kolana, a w pewnym momencie prawie po pas. Odcinek ten pokonywaliśmy już późną nocą i chyba tutaj najbardziej odczuliśmy też wietrzną zadymkę.
Atmosfera podczas Wyrypy pokazała, że warto organizować takie wyprawy, gdyż biorą w nich udział ludzie, którzy naprawdę lubią to, co robią i czują klimat gór. Ludzie, dla których wysiłek nie jest powodem do narzekania, choć zapewne nie jednemu Wyrypowiczowi przeszło przez myśl „mam dość”, gdy wpadł w kolejny śnieżny dołek lub zdzierał mięśnie na podejściu. Satysfakcja po przejściu tych 50-ciu kilometrów jest jednak na tyle duża, że chyba nikt kto je przeszedł, nie powiedziałby, że nie było warto.
Nam się udało – w dobrych nastrojach, bez nieprzyjemności po drodze, bez uszkodzeń ciała i umysłu. :)
Mam nadzieję, że do zobaczenia za rok w tym samym a nawet większym składzie. :)
Ideą Wyrypy Zimowej jest przejście dystansu 50-ciu km w czasie 26-ciu godzin wyznaczoną wcześniej trasą, która wiedzie beskidzkimi szlakami. Pierwsi uczestnicy Wyrypiarze – Samozwańcy pojawili się w miejscu startu, czyli Chacie na Zagroniu już wczesnym sobotnim rankiem. Kolejni (m.in. nasza czwóreczka) meldowali swoją gotowość do wyruszenia troszkę później, a przed południem wszyscy uczestnicy znajdowali się już na szlaku.
Trasa tegorocznej zimowej edycji rozpoczynała i kończyła się we wspomnianej Chacie na Zagroniu, skąd żółtym szlakiem wiodła przez Lipowską na Rysiankę. Następnie szlakiem czerwonym na Trzy Kopce i dalej niebieskim na Krawców Wierch. Tutaj znów pojawiał się kolor żółty, który prowadził nas przez Glinkę i Soblówkę do szlaku czarnego, a ten z kolei do schroniska na Rycerzowej. Stąd droga wiodła przez Kotarz, Muńcuł i Ujsoły, a z nich już niedaleko było do osiągnięcia mety, na którą kierowaliśmy się szlakiem czarnym.
Pogoda była dla nas dość łaskawa, choć niestety słońce zza chmur wyjrzało tylko raz na krótką chwilę i po raz kolejny już się nie pokazało. Podczas marszu było nam jednak ciepło i kolejne warstwy odzieży trafiały do plecaków. Od czasu do czasu wiał wiatr, a momentami przypominał nam o sobie także padający śnieg, Ogólnie jednak warunki pogodowe nie były złe i nie utrudniały nam wędrowania w sposób ciągły. Z warunkami terenowymi bywało różnie, ale każdy kto wyruszał na trasę Wyrypy, miał świadomość czego mniej – więcej spodziewać się zimą, więc większego zaskoczenia nie było. Przypuszczam, że Ci z uczestników beskidzkich zmagań, którzy regularnie wędrują po górach, nie raz doświadczyli już warunków gorszych lub nawet spartańskich.
Szlaki, którymi wędrowaliśmy nie były rewelacyjnie przetarte, jednak przedeptane troszkę tak i raczej trudno byłoby się zgubić. Na temat uciążliwości trasy pojawiłoby się tyle zdań, ile osób ukończyło Wyrypę – jednym bardziej dał się we znaki odcinek prowadzący na Krawców Wierch, innym podejście na Rycerzową, jeszcze inni wskazaliby na Kotarz i Muńcuł, które znalazły się w drugiej połowie trasy i rzeczywiście były już słabo przetarte. Ten etap wymagał największego przekopywania się przez zalegający śnieg, którego raz mieliśmy po kolana, a w pewnym momencie prawie po pas. Odcinek ten pokonywaliśmy już późną nocą i chyba tutaj najbardziej odczuliśmy też wietrzną zadymkę.
Atmosfera podczas Wyrypy pokazała, że warto organizować takie wyprawy, gdyż biorą w nich udział ludzie, którzy naprawdę lubią to, co robią i czują klimat gór. Ludzie, dla których wysiłek nie jest powodem do narzekania, choć zapewne nie jednemu Wyrypowiczowi przeszło przez myśl „mam dość”, gdy wpadł w kolejny śnieżny dołek lub zdzierał mięśnie na podejściu. Satysfakcja po przejściu tych 50-ciu kilometrów jest jednak na tyle duża, że chyba nikt kto je przeszedł, nie powiedziałby, że nie było warto.
Nam się udało – w dobrych nastrojach, bez nieprzyjemności po drodze, bez uszkodzeń ciała i umysłu. :)
Mam nadzieję, że do zobaczenia za rok w tym samym a nawet większym składzie. :)
ZDJĘCIA
Subskrybuj:
Posty (Atom)
