Letnia edycja Wyrypy Beskidzkiej udana była dla wszystkich jej uczestników, jednak niektórzy z nich pokazali, że dla chcącego (?) nic trudnego i nawet najbardziej misternie ułożony plan można przegibać... :) A to za sprawą wydarzeń spod Przełęczy Przegibek, o czym poniżej.
Na starcie w Zwardoniu stanęliśmy w dość licznym składzie, który reprezentowany był także przez dwa sympatyczne czworonogi - Airona i Nikitę. Pewien etap trasy przeszliśmy wspólnie, potem grupa podzieliła się na mniejsze podzespoły, by każdy mógł iść w tempie, jakie mu odpowiadało.
Po drodze zdarzało nam się spotykać komary, dla których - ku naszej radości - nie stanowiliśmy jednak wymarzonego towarzystwa, co zawdzięczaliśmy skutecznie działającym aerozolom zapachowym.
Nieopodal Przełęczy Przegibek postanowiliśmy, że nasza trójka robi kilkugodzinną przerwę na sen, by zaraz po wschodzie słońca ze świeżą energią wyruszyć w dalszą drogę. Po skonsumowaniu pierogów z jagodami ułożyliśmy się na ławkach, gotowi do drzemki. Najwięcej energii odzyskała Julka zanurzona w swoim śpiworze, której nie przeszkadzały nawet odgłosy burzy przechodzącej gdzieś obok. Ci, którym nie chciało się za bardzo obciążać plecaków i zostawili śpiwory w samochodzie w Zwardoniu, mieli okazję przekonać się, że lenistwo nie popłaca, a podwójna warstwa odzieży i folia termiczna są rozwiązaniem awaryjnym, nie komfortowym. Najgorzej nie było, ale sen mieliśmy przerywany rześkością powietrza.
Gdy niebo zaczęło zmieniać barwę z granatowego na niebieską, zwinęliśmy nasz mały obóz i wyruszyliśmy w dalszą drogę z zamiarem zjedzenia śniadania w bacówce PTTK na Wielkiej Rycerzowej, od której dzieliło nas 1,5h marszu. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że na rozstaju szlaków, przy tablicy informacyjnej, podążymy szlakiem czerwonym, ale w zupełnie przeciwnym kierunku, bo "co będziecie czytać? chodźcie, chodźcie, później poczytacie" :) [tutaj pozdrawiam Janka :)]
Śniadanie zjedliśmy prawie 3h od pobudki, w schronisku... na Wielkiej Raczy. Smakowało nam dwa razy bardziej, niż to, które mielibyśmy zjeść zgodnie z wcześniejszym zamiarem.
Wiedząc już, dokąd dotarliśmy i mając do wyboru dwie drogi, by w jakikolwiek sposób przybliżyć się do celu naszej Wyrypy, od którego byliśmy znacznie oddaleni, jednogłośnie zdecydowaliśmy, że możemy iść każdą drogą, byle tylko nie wracać tym samym czerwonym szlakiem, który nas do Wielkiej Raczy przywiódł. Zdecydowaliśmy się improwizować dalej i podążyliśmy żółtym szlakiem do Rycerki Górnej Kolonii, a stamtąd do Rycerki Dolnej, gdzie byliśmy już całkiem rozbawieni naszą sytuacją i skąd skontaktowaliśmy się z naszą Kasią [pozdrawiam Kasię :)], która przesłała nam rozpiskę punktów, do których powinniśmy podążać już zgodnie z planem Wyrypy.
W Rycerce wsiedliśmy do busa, dojechaliśmy do Rajczy i stamtąd pieszo wyruszyliśmy do Kręcichwostów, by trafić na szlak żółty, który przez Halę Redykalną zaprowadził nas do schroniska na Halę Lipowską. W schronisku zjedliśmy pyszną zupę pomidorową i czerwonym szlakiem powędrowaliśmy ku Hali Miziowej, skąd blisko już było do naszego celu.
W bazie na Polanie Górowej spotkaliśmy część grupy, z którą wyszliśmy ze Zwardonia, posiedzieliśmy przy ognisku i razem udaliśmy się w drogę powrotną do domów.
ZDJĘCIA
piątek, 24 stycznia 2014
środa, 17 lipca 2013
ZAPRASZAMY - VII Wyrypa Beskidzka 19 - (20) 21 lipiec (dwa dystanse długości trasy)
W najbliższy weekend zapraszamy do udziału w kolejnej edycji Wyrypy Beskidzkiej, imprezie dla miłośników górskich krajobrazów i długich pieszych dystansów, której pomysłodawcą jest Marek Bytom z katowickiego Klubu Namaste.
Po raz pierwszy w historii letniej Wyrypy uczestnicy mogą zmierzyć się z dwiema trasami do wyboru - tradycyjną już dłuższą (100 km) lub krótszą (50 km), która powstała przede wszystkim z myślą o tych, którzy po raz pierwszy będą zmagać się z wyrypowym wyzwaniem.
Do podjęcia próby zachęcamy wszystkich chętnych tym bardziej, że pierwsze 50 km szlaków jest wspólne dla obu dystansów, więc w trakcie pokonywania kolejnych etapów wędrówki każdy może zdecydować o kontynuacji lub zakończeniu swojego marszu.
Wyrypa Beskidzka jest wydarzeniem rekreacyjnym, bez typowo sportowej rywalizacji "na czas" - jej ideą jest propagowanie aktywnego spędzania czasu wolnego i zachęcenie każdego uczestnika do zmierzenia się z samym sobą w otoczeniu pięknej beskidzkiej przyrody. Nie ma tutaj przegranych, nawet jeżeli ktoś nie ukończy przewidzianego dystansu. Każdy, kto wyruszy ze Zwardonia, jest już zwycięzcą, ponieważ podejmuje próbę.
Kilka podstawowych informacji organizacyjnych:
* początek marszu w piątek 19 lipca o godz. 20:00 z PKP Zwardoń
* meta dla dystansu 100 km znajduje się na Hali Górowej i trzeba tutaj dojść [dopełznąć lub doczołgać się :)] najpóźniej w niedzielę 21 lipca do godz. 12:00 (na pokonanie 100 km trasy jest więc 40 godzin)
* meta krótszego dystansu 50 km także znajduje się na Hali Górowej i trzeba się na niej pojawić najpóźniej w sobotę 20 lipca do godz. 20:00 (na pokonanie 50 km trasy uczestnicy mają 24 godziny)
* udział w Wyrypie jest bezpłatny i jedynie na miejscu startu uczestnicy zainteresowani otrzymaniem na mecie posiłku, herbaty, wrzątku uiszczają składkę w wysokości 10 zł. [warto te 10 zł przekazać organizatorom, ponieważ na mecie rzeczywiście czeka gorąca herbata, miejsce do rozbicia namiotu, miejsce przy ognisku i stole; podczas ubiegłorocznej edycji czekały rewelacyjne kanapki ze świeżym serkiem, pomidorem, ogórkiem i cebulką na świeżym chlebie, których smak pozostał w pamięci do dziś :) Mam nadzieję, że w tym roku też będą i że dotrę do mety, aby je zjeść :) Każda motywacja jest dobra ;)]
* udział w Wyrypie należy zgłosić Markowi Bytom, który przesyła każdemu uczestnikowi regulamin imprezy i wpisuje na listę uczestników. Więcej szczegółowych informacji można również uzyskać od Marka. Kontakt z Markiem można nawiązać poprzez stronę Wyrypy, którą stworzył: https://www.facebook.com/events/378816292236187/?ref=3
Poniżej poglądowa trasa tegorocznej letniej Wyrypy (wg rozpiski organizatora):
Zwardoń (start) - Rachowiec - Sól - Praszywka - Bendoszka - Przegibek - Rycerzowa - Ujsoły - Zagroń - Lipowska - Rysianka - Miziowa - Hala Górowa (tutaj następuje meta krótszego i kontynuacja dłuższego dystansu) - Miziowa - Glinne - Przełęcz Głuchaczki - Mędralowa - Lachów Groń - Koszarawa - Lasek - Przyborów - Korbielów - Hala Górowa (meta dłuższego dystansu)
Mapki z wykazem szlaków, którymi będą podążać Wyrypowicze - przygotowałam dla obu dystansów osobne:
W imieniu Marka i naszym zapraszamy do wzięcia udziału. Do zobaczenia na szlaku :)
Po raz pierwszy w historii letniej Wyrypy uczestnicy mogą zmierzyć się z dwiema trasami do wyboru - tradycyjną już dłuższą (100 km) lub krótszą (50 km), która powstała przede wszystkim z myślą o tych, którzy po raz pierwszy będą zmagać się z wyrypowym wyzwaniem.
Do podjęcia próby zachęcamy wszystkich chętnych tym bardziej, że pierwsze 50 km szlaków jest wspólne dla obu dystansów, więc w trakcie pokonywania kolejnych etapów wędrówki każdy może zdecydować o kontynuacji lub zakończeniu swojego marszu.
Wyrypa Beskidzka jest wydarzeniem rekreacyjnym, bez typowo sportowej rywalizacji "na czas" - jej ideą jest propagowanie aktywnego spędzania czasu wolnego i zachęcenie każdego uczestnika do zmierzenia się z samym sobą w otoczeniu pięknej beskidzkiej przyrody. Nie ma tutaj przegranych, nawet jeżeli ktoś nie ukończy przewidzianego dystansu. Każdy, kto wyruszy ze Zwardonia, jest już zwycięzcą, ponieważ podejmuje próbę.
Kilka podstawowych informacji organizacyjnych:
* początek marszu w piątek 19 lipca o godz. 20:00 z PKP Zwardoń
* meta dla dystansu 100 km znajduje się na Hali Górowej i trzeba tutaj dojść [dopełznąć lub doczołgać się :)] najpóźniej w niedzielę 21 lipca do godz. 12:00 (na pokonanie 100 km trasy jest więc 40 godzin)
* meta krótszego dystansu 50 km także znajduje się na Hali Górowej i trzeba się na niej pojawić najpóźniej w sobotę 20 lipca do godz. 20:00 (na pokonanie 50 km trasy uczestnicy mają 24 godziny)
* udział w Wyrypie jest bezpłatny i jedynie na miejscu startu uczestnicy zainteresowani otrzymaniem na mecie posiłku, herbaty, wrzątku uiszczają składkę w wysokości 10 zł. [warto te 10 zł przekazać organizatorom, ponieważ na mecie rzeczywiście czeka gorąca herbata, miejsce do rozbicia namiotu, miejsce przy ognisku i stole; podczas ubiegłorocznej edycji czekały rewelacyjne kanapki ze świeżym serkiem, pomidorem, ogórkiem i cebulką na świeżym chlebie, których smak pozostał w pamięci do dziś :) Mam nadzieję, że w tym roku też będą i że dotrę do mety, aby je zjeść :) Każda motywacja jest dobra ;)]
* udział w Wyrypie należy zgłosić Markowi Bytom, który przesyła każdemu uczestnikowi regulamin imprezy i wpisuje na listę uczestników. Więcej szczegółowych informacji można również uzyskać od Marka. Kontakt z Markiem można nawiązać poprzez stronę Wyrypy, którą stworzył: https://www.facebook.com/events/378816292236187/?ref=3
Poniżej poglądowa trasa tegorocznej letniej Wyrypy (wg rozpiski organizatora):
Zwardoń (start) - Rachowiec - Sól - Praszywka - Bendoszka - Przegibek - Rycerzowa - Ujsoły - Zagroń - Lipowska - Rysianka - Miziowa - Hala Górowa (tutaj następuje meta krótszego i kontynuacja dłuższego dystansu) - Miziowa - Glinne - Przełęcz Głuchaczki - Mędralowa - Lachów Groń - Koszarawa - Lasek - Przyborów - Korbielów - Hala Górowa (meta dłuższego dystansu)
Mapki z wykazem szlaków, którymi będą podążać Wyrypowicze - przygotowałam dla obu dystansów osobne:
DYSTANS 50km
DYSTANS 100km
W imieniu Marka i naszym zapraszamy do wzięcia udziału. Do zobaczenia na szlaku :)
9 czerwiec - Świnica
Są szczyty, które przywołują pewne
refleksje. Są szczyty, przy których „przystajemy” – z różnych
powodów. Jednym z takich szczytów – przystanków jest dla mnie
Świnica. Myśląc o Świnicy, zawsze myślę też o tych, dla
których była ona ostatnim szczytem, na który weszli lub chcieli
wejść, a z którego nie powrócili. Jest to taka osobista zaduma
przyprawiona żalem, w sposób specyficzny związana z tym właśnie
szczytem – mocno zespolona z ogromną pokorą wobec tej góry. Z
pokorą nieco inaczej odczuwalną niż wobec pozostałych
tatrzańskich szczytów – bardziej wyciszoną, niepodważalną,
zawierającą pewien aspekt posłuszeństwa świnickiej skale.
Myśli te w dużej mierze mają swe źródło w tym, że zdarzały się okresy, gdy miesiąc w miesiąc Świnica zabierała człowieka, jakby domagając się ofiary za udostępnienie się człowiekowi. I tutaj rodzą się pytania: czy można stwarzać taką ideologię, że to góra wystawia rachunek za obecność człowieka na niej? Czy wolno człowiekowi górę oskarżyć o śmierć drugiego człowieka? Czy to nie człowiek od pierwszego kroku swojej wędrówki, działając wg własnej woli, w sposób bezsłowny deklaruje poniesienie wszelkich kosztów związanych z jego obecnością na danej górze? Są to pytania, które czasami sobie zadaję – pytania czysto egzystencjalne, nie mające na celu oceny lub wskazania „winnego” wypadkom i śmierciom poniesionym w górach.
Nie spieszyłam się z wejściem na szczyt Świnicy, choć był to od pewnego czasu określony cel do zrealizowania. Ale musiał wykiełkować i dojrzeć na drodze moich wewnętrznych rozmów z górą. Tak więc ta nasza lipcowa wędrówka ku szczytowi była dla mnie swego rodzaju zawierzeniem górze i pozwoleniem jej, by wprowadziła mnie na swój wierzchołek i sprowadziła z niego.
Szlak, którym wędrowaliśmy, nie był szczególnie trudny, jednak odcinek podszczytowy, z zabezpieczeniem łańcuchowym, wymagał sporego skupienia się i uwagi ze względu na dużą ekspozycję. Najbardziej wymagający etap naszej wędrówki okazał się etapem najpiękniejszym, wręcz graniczącym z mistycznością. Wspaniałe jest uczucie jedności ze skałą, gdy stan skupienia myśli jest tak silny, że w pewnym momencie w świadomości człowieka istnieje tylko skała, łańcuch i przesuwające się po nim ręce, a wszystko inne, które przecież jest wciąż obok człowieka i w człowieku, przestaje być dostrzegalne i odczuwalne – odchodzi jakby gdzieś w inną przestrzeń. Nawet pojęcie czasu przestaje istnieć – jest tylko tutaj i teraz. Subiektywnie pokuszę się stwierdzić, iż w kwestii emocjonalnej, podczas obecności człowieka w górach i jego działalności w skale, nie ma nic piękniejszego od uczucia współistnienia z tą skałą i miejscem, w którym się jest.
Myśli te w dużej mierze mają swe źródło w tym, że zdarzały się okresy, gdy miesiąc w miesiąc Świnica zabierała człowieka, jakby domagając się ofiary za udostępnienie się człowiekowi. I tutaj rodzą się pytania: czy można stwarzać taką ideologię, że to góra wystawia rachunek za obecność człowieka na niej? Czy wolno człowiekowi górę oskarżyć o śmierć drugiego człowieka? Czy to nie człowiek od pierwszego kroku swojej wędrówki, działając wg własnej woli, w sposób bezsłowny deklaruje poniesienie wszelkich kosztów związanych z jego obecnością na danej górze? Są to pytania, które czasami sobie zadaję – pytania czysto egzystencjalne, nie mające na celu oceny lub wskazania „winnego” wypadkom i śmierciom poniesionym w górach.
Nie spieszyłam się z wejściem na szczyt Świnicy, choć był to od pewnego czasu określony cel do zrealizowania. Ale musiał wykiełkować i dojrzeć na drodze moich wewnętrznych rozmów z górą. Tak więc ta nasza lipcowa wędrówka ku szczytowi była dla mnie swego rodzaju zawierzeniem górze i pozwoleniem jej, by wprowadziła mnie na swój wierzchołek i sprowadziła z niego.
Szlak, którym wędrowaliśmy, nie był szczególnie trudny, jednak odcinek podszczytowy, z zabezpieczeniem łańcuchowym, wymagał sporego skupienia się i uwagi ze względu na dużą ekspozycję. Najbardziej wymagający etap naszej wędrówki okazał się etapem najpiękniejszym, wręcz graniczącym z mistycznością. Wspaniałe jest uczucie jedności ze skałą, gdy stan skupienia myśli jest tak silny, że w pewnym momencie w świadomości człowieka istnieje tylko skała, łańcuch i przesuwające się po nim ręce, a wszystko inne, które przecież jest wciąż obok człowieka i w człowieku, przestaje być dostrzegalne i odczuwalne – odchodzi jakby gdzieś w inną przestrzeń. Nawet pojęcie czasu przestaje istnieć – jest tylko tutaj i teraz. Subiektywnie pokuszę się stwierdzić, iż w kwestii emocjonalnej, podczas obecności człowieka w górach i jego działalności w skale, nie ma nic piękniejszego od uczucia współistnienia z tą skałą i miejscem, w którym się jest.
Spotkanie ze Świnicą było dla nas
spotkaniem szczęśliwym – prowadziło nas słońce, które
skłoniło co niektórych do nabycia świeżej opalenizny. :)
Pojedyncze chmury i płaty zalegającego w żlebach śniegu malowały obrazy kontrastujące z letnią zielenią i błękitem nieba. W drodze do schroniska Murowaniec, wspaniale zaprezentował się nam Kościelec – z właściwą sobie godnością i strzelistością przyciągał uwagę, wynurzając się zza Małego Kościelca. Śniadanie zjedliśmy przy stołach pokrytych wzorami, jakie utworzyły zaschnięte na blatach krople deszczu. Zrelaksowani i syci wyruszyliśmy ku celowi naszej wędrówki – towarzyszył nam wiatr w postaci mniejszych i większych podmuchów. Na szczycie Świnicy dobrze zaopatrzone Dziewczyny odpaliły bombę witaminową, jaką przyniosły w plecakach – zdjęcia mówią same za siebie, z sałatki najbardziej ucieszył się Janek. Konsumpcja i podziwianie widoków ze świnickiego szczytu nie trwały niestety zbyt długo, gdyż nadciągające chmury i wzmagający się wiatr, zmusiły nas do przyspieszonego zejścia ze szczytu. Na odcinku łańcuchów matka natura postanowiła pokazać nam, że poza tym, co już tego dnia widzieliśmy, przygotowała dla nas także trochę gradu. Na szczęście w porę zreflektowała się, że w zupełności wystarczyły nam widoki ze szczytu, by docenić jej piękno i siłę, i dalszą drogę odbyliśmy już przy dobrej pogodzie.
Pojedyncze chmury i płaty zalegającego w żlebach śniegu malowały obrazy kontrastujące z letnią zielenią i błękitem nieba. W drodze do schroniska Murowaniec, wspaniale zaprezentował się nam Kościelec – z właściwą sobie godnością i strzelistością przyciągał uwagę, wynurzając się zza Małego Kościelca. Śniadanie zjedliśmy przy stołach pokrytych wzorami, jakie utworzyły zaschnięte na blatach krople deszczu. Zrelaksowani i syci wyruszyliśmy ku celowi naszej wędrówki – towarzyszył nam wiatr w postaci mniejszych i większych podmuchów. Na szczycie Świnicy dobrze zaopatrzone Dziewczyny odpaliły bombę witaminową, jaką przyniosły w plecakach – zdjęcia mówią same za siebie, z sałatki najbardziej ucieszył się Janek. Konsumpcja i podziwianie widoków ze świnickiego szczytu nie trwały niestety zbyt długo, gdyż nadciągające chmury i wzmagający się wiatr, zmusiły nas do przyspieszonego zejścia ze szczytu. Na odcinku łańcuchów matka natura postanowiła pokazać nam, że poza tym, co już tego dnia widzieliśmy, przygotowała dla nas także trochę gradu. Na szczęście w porę zreflektowała się, że w zupełności wystarczyły nam widoki ze szczytu, by docenić jej piękno i siłę, i dalszą drogę odbyliśmy już przy dobrej pogodzie.
ZDJĘCIA
30 maj - Leskowiec
Tym razem trasę wędrówki wybrała nam pogoda i zamierzoną Babią Górę w Beskidzie Żywieckim zastąpiliśmy Leskowcem w Beskidzie Małym.
Z Leskowca rozciągają się widoki na dolinę Skawy, na szczyty Beskidów Makowskiego i Śląskiego, dojrzeć stąd można Gorce z Turbaczem, wspomnianą już żywiecką Babią Górę, a w tle Tatry. Ale można też dojrzeć deszcz w różnych postaciach - krople na gałęziach drzew i źdźbłach traw, parę wodną unoszącą się nad dolinkami, kałuże błotne w zagłębieniach leśnej drogi, mniejsze i większe potoczki powstałe nagle z deszczówki, której nie nadążyła przyjąć matka ziemia i rzeźbiące sobie korytka pomiędzy butami wędrowców, a także wartkie wodospady spływające po odzieży i plecakach...
Zamykając za sobą drzwi samochodu przed postawieniem pierwszego kroku na szlaku, przypuszczaliśmy, że będzie mokro i parametry słupa wody z metek wszytych w kołnierze naszych kurtek zostaną wystawione na próbę, ale chyba żadne z nas nie spodziewało się doznań aż tak intensywnych - po półtoragodzinnym marszu do schroniska w pełnej "wodnej" rozmaitości, odzież wierzchnia zaczęła wtórować skarpetom w prośbach o wykręcenie z nich deszczu.
Gdy jedząc śniadanie w schronisku, spoglądaliśmy na coraz większe kałuże, jakie pozostawimy po naszych plecakach na schroniskowej podłodze, ulewa przeobrażała się w stopniowo znikającą mżawkę. Nie wiem, czy pogoda zlitowała się nad nami, czy też doszła do wniosku, że jednak równowaga w przyrodzie być musi i deszczu na ten dzień już wystarczy, ale w dalszą drogę udaliśmy się pod rozjaśniającym się niebem. Dostaliśmy nawet bonus w postaci trzech napotkanych salamander. :)
Wypatrzył je Guru, gdy po deszczu wyszły z ukrycia, wyczekując słońca. No cóż... Na lekcjach biologii oglądało się je na obrazkach w podręcznikach i atlasach, ale "na żywo" te żółte plamki na czarnym tle robią o wiele większe wrażenie. Zaskakujące i równocześnie przyjemne jest to uczucie radości, jakie wyzwala się w człowieku, który kilkadziesiąt lat swojego życia wiedział, że coś istnieje i wiedział, jak to wygląda, ale po zobaczeniu tego w rzeczywistości, ucieszył się, jakby wygrał w "totka". :) Miłym akcentem kończącym naszą "małobeskidzką" wędrówkę były te salamandry.
ZDJĘCIA
Fotorelacja tym razem krótka, gdyż szkoda było utopić obiektyw. :)
Z Leskowca rozciągają się widoki na dolinę Skawy, na szczyty Beskidów Makowskiego i Śląskiego, dojrzeć stąd można Gorce z Turbaczem, wspomnianą już żywiecką Babią Górę, a w tle Tatry. Ale można też dojrzeć deszcz w różnych postaciach - krople na gałęziach drzew i źdźbłach traw, parę wodną unoszącą się nad dolinkami, kałuże błotne w zagłębieniach leśnej drogi, mniejsze i większe potoczki powstałe nagle z deszczówki, której nie nadążyła przyjąć matka ziemia i rzeźbiące sobie korytka pomiędzy butami wędrowców, a także wartkie wodospady spływające po odzieży i plecakach...
Zamykając za sobą drzwi samochodu przed postawieniem pierwszego kroku na szlaku, przypuszczaliśmy, że będzie mokro i parametry słupa wody z metek wszytych w kołnierze naszych kurtek zostaną wystawione na próbę, ale chyba żadne z nas nie spodziewało się doznań aż tak intensywnych - po półtoragodzinnym marszu do schroniska w pełnej "wodnej" rozmaitości, odzież wierzchnia zaczęła wtórować skarpetom w prośbach o wykręcenie z nich deszczu.
Gdy jedząc śniadanie w schronisku, spoglądaliśmy na coraz większe kałuże, jakie pozostawimy po naszych plecakach na schroniskowej podłodze, ulewa przeobrażała się w stopniowo znikającą mżawkę. Nie wiem, czy pogoda zlitowała się nad nami, czy też doszła do wniosku, że jednak równowaga w przyrodzie być musi i deszczu na ten dzień już wystarczy, ale w dalszą drogę udaliśmy się pod rozjaśniającym się niebem. Dostaliśmy nawet bonus w postaci trzech napotkanych salamander. :)
Wypatrzył je Guru, gdy po deszczu wyszły z ukrycia, wyczekując słońca. No cóż... Na lekcjach biologii oglądało się je na obrazkach w podręcznikach i atlasach, ale "na żywo" te żółte plamki na czarnym tle robią o wiele większe wrażenie. Zaskakujące i równocześnie przyjemne jest to uczucie radości, jakie wyzwala się w człowieku, który kilkadziesiąt lat swojego życia wiedział, że coś istnieje i wiedział, jak to wygląda, ale po zobaczeniu tego w rzeczywistości, ucieszył się, jakby wygrał w "totka". :) Miłym akcentem kończącym naszą "małobeskidzką" wędrówkę były te salamandry.
ZDJĘCIA
Fotorelacja tym razem krótka, gdyż szkoda było utopić obiektyw. :)
19 maj - Nosal, Granaty
Na początek podziękowania dla Guru za decyzję o rozpoczęciu tej wędrówki od przejścia zielonym szlakiem przez Nosal i Nosalową Przełęcz, które to wzbogaciły naszą trasę o równie zielone widoki.
Szlak ten jest dość często odwiedzany przez sympatyków niższych partii Tatr, ale raczej niedoceniany i omijany przez tych, którzy za cel obierają sobie dotarcie na najwyższe tatrzańskie szczyty. Omijany niesłusznie, bo praktycznie na całej długości szlaku wędrującym towarzyszą wspaniałe widoki, cisza i poczucie zatrzymanego czasu. Skalne stopnie prowadziły nas lasem, w którym poza przeważającymi drzewami iglastymi pojawiały się także liściaste. Pośród soczystej zieleni traw kwitły kwiaty - niektóre w kępach, inne samotnie. Na pewnych odcinkach szlaku mijaliśmy formy skalne - czyste, prawie nie porośnięte roślinnością, oświetlone porannym słońcem. W innych miejscach zza drzew wyłaniały się piękne panoramy - tatrzańskie granie kontrastowały z błękitem nieba. Wszystko to razem wzięte stworzyło krajobraz tętniący życiem. Całkiem fajnie wpasowała się w to kawiarka Agisa [pozdrawiam :)] oraz trzej muszkieterowie, którzy zamiast szpad dzierżyli w dłoniach kijki trekingowe. :)
Pełni pozytywnych wrażeń zachęcamy więc do wydłużenia sobie drogi i przejścia przez Nosal zamiast kierowania się po linii prostej do Kuźnic. Ja spotkanie z Nosalem będę chciała powtórzyć jesienią, by zobaczyć, jak prezentuje się tam wszystko w kolorowych barwach.
W dalszej drodze do Murowańca po raz kolejny zachwyciły nas Kościelce, tym razem nie przysłonięte chmurami. Miłą niespodziankę sprawiła pogoda, zachowując stabilność przez cały dzień. Było to pierwsze nasze prawdziwie wiosenne wyjście w Tatry, podczas którego słońce nie zrobiło sobie nawet krótkiej przerwy w dostawie swoich promyków do planety Ziemi. Odczuliśmy to naturalne ogrzewanie na stoku prowadzącym ku Granatom. Ze szczytu spojrzeliśmy na wznoszące się wokół Tatry i udaliśmy się w drogę powrotną, w której towarzyszyły nam wschodzący księżyc i zachodzące słońce.
Szlak ten jest dość często odwiedzany przez sympatyków niższych partii Tatr, ale raczej niedoceniany i omijany przez tych, którzy za cel obierają sobie dotarcie na najwyższe tatrzańskie szczyty. Omijany niesłusznie, bo praktycznie na całej długości szlaku wędrującym towarzyszą wspaniałe widoki, cisza i poczucie zatrzymanego czasu. Skalne stopnie prowadziły nas lasem, w którym poza przeważającymi drzewami iglastymi pojawiały się także liściaste. Pośród soczystej zieleni traw kwitły kwiaty - niektóre w kępach, inne samotnie. Na pewnych odcinkach szlaku mijaliśmy formy skalne - czyste, prawie nie porośnięte roślinnością, oświetlone porannym słońcem. W innych miejscach zza drzew wyłaniały się piękne panoramy - tatrzańskie granie kontrastowały z błękitem nieba. Wszystko to razem wzięte stworzyło krajobraz tętniący życiem. Całkiem fajnie wpasowała się w to kawiarka Agisa [pozdrawiam :)] oraz trzej muszkieterowie, którzy zamiast szpad dzierżyli w dłoniach kijki trekingowe. :)
Pełni pozytywnych wrażeń zachęcamy więc do wydłużenia sobie drogi i przejścia przez Nosal zamiast kierowania się po linii prostej do Kuźnic. Ja spotkanie z Nosalem będę chciała powtórzyć jesienią, by zobaczyć, jak prezentuje się tam wszystko w kolorowych barwach.
W dalszej drodze do Murowańca po raz kolejny zachwyciły nas Kościelce, tym razem nie przysłonięte chmurami. Miłą niespodziankę sprawiła pogoda, zachowując stabilność przez cały dzień. Było to pierwsze nasze prawdziwie wiosenne wyjście w Tatry, podczas którego słońce nie zrobiło sobie nawet krótkiej przerwy w dostawie swoich promyków do planety Ziemi. Odczuliśmy to naturalne ogrzewanie na stoku prowadzącym ku Granatom. Ze szczytu spojrzeliśmy na wznoszące się wokół Tatry i udaliśmy się w drogę powrotną, w której towarzyszyły nam wschodzący księżyc i zachodzące słońce.
3 - 5 maj - Granaty, Kościelec, Kasprowy Wierch i Zawrat, czyli Tatrzańska Majówka
Zazwyczaj nie wyjeżdżam w Tatry w terminach, które zwiastują oblężenie schronisk i tłok na szlakach, gdyż przeludnienie takie uniemożliwia mi pełną radość z pobytu w moich ukochanych Górach i wędrowanie w ciszy, w "zamknięciu się" w nich i w przyrodzie, bez konieczności wytyczania slalomu giganta, by jak najszybciej odizolować się od rzeki ludzi, która płynie rwącym nurtem w obu kierunkach szlaku. Tegoroczny weekend majowy był jednak pierwszym od sześciu lat weekendem majowym, który nie kolidował ani z pracą, ani z urlopami współpracowników, o który nie musiałam ani walczyć, ani ustawiać się po niego w kolejce. Nadzieję na w miarę niezatłoczone szlaki podsycała pogoda, która nie zapowiadała ciepła i słońca. Szalę "za" przechyliło to, iż najbardziej spośród dwunastu miesięcy lubię maj. :)
Pierwszym kierunkiem jaki obraliśmy, były Granaty - podejściem od Kuźnic żółtym szlakiem do schroniska w Murowańcu, a następnie niebieskim z widokami na Kościelec. Przyjemnie szło się w otoczeniu świeżej, wiosennej zieleni, miejscami pokrytej jeszcze warstwą śniegu, w delikatnie ogrzewającym słońcu, tu i ówdzie słuchając szumu wezbranych potoków. Minąwszy Czarny Staw Gąsienicowy, rozpoczęliśmy podchodzenie żółtym szlakiem ku Granatom. Początkowo dość słoneczna pogoda zaczęła się zmieniać - pojawiało się coraz więcej chmur, z oddali dochodził odgłos burzowych grzmotów. Do szczytu brakowało nam jakiejś godziny wspinaczki, gdy zaczął padać deszcz, co wpłynęło na decyzję o odwrocie. Jak się potem okazało przelotny i jeden z kilku gwałtownych, jakie spadły jeszcze tego dnia.
ZDJĘCIA - Granaty
Drugi dzień pobytu rozpoczęliśmy od wejścia na Kościelec. Mimo ciepła i sporej wilgotności powietrza, cała wędrówka odbyła się pod znakiem chmur i mgieł, a słońce wyłoniło się zaledwie na krótką chwilę, by oświetlić szczyt Kościelca, gdy znajdowaliśmy się na Przełęczy Karb. Była to tylko chwila, ale jedna z tych, które w górskim krajobrazie są najpiękniejsze i ukazują nie tylko zmienność, ale przede wszystkim urok gór i magię przyrody. Gdy dotarliśmy na szczyt, czekało na nas mgliste mleko, widoczność kilku metrów i kilkoro innych "tatrołazów". Schodząc z Kościelca, już na wysokości Przełęczy Karb i poniżej niej, natknęliśmy się kilkakrotnie na grupki turystów podążających w górę po sporej jeszcze, ale mało stabilnej warstwie śniegu... w adidasach. Niektórzy zawrócili i zrezygnowali z kościelcowych planów, niektórzy poszli dalej, choć zarzekając się, że sam Kościelec odpuszczą. Gdy mijaliśmy tych ludzi, zastanawiałam się, o czym oni myślą, idąc w tych adidasach? Czy choć jeden z nich pomyślał, że przez własny brak rozwagi może przysporzyć kłopotów TOPRowcom?
Po powrocie do Murowańca zjedliśmy obiad i korzystając z tego, że do nadejścia zmroku pozostało jeszcze sporo czasu, wybraliśmy się na Kasprowy Wierch. Widoki we mgle nie były nawet takie złe, choć mimo kolejnych przebytych metrów, bardzo podobne do siebie. :)
Dzień zakończyliśmy przy grze planszowej, układając słowa.
ZDJĘCIA - Kościelec, Kasprowy Wierch
Trzeciego i ostatniego dnia pobytu w Tatrach, pogoda wynagrodziła nam dwa poprzednie dni i ku Zawratowi poprowadziło nas słońce. Pięknie prezentował się Kościelec, ale on już chyba tak ma, że nawet jak nie wchodzi się na niego, a tylko go mija lub widzi się go z daleka, to jednak zawsze się człowiek "nad" nim zatrzyma i zaduma. To taka Góra wśród Gór, można rzec, że taki trójkąt równoramienny wyłaniający się spośród innych grani - a jednak posiada pewien niezaprzeczalny majestat i oczy, i myśli ku niemu się zwracają...
Wejście na Zawrat było naszym kolejnym wejściem, ale nie było powtórzeniem obecności na tej Przełęczy. Każdy z nas wniósł tutaj coś swojego wewnątrz siebie, a wszyscy znieśliśmy dumę z pierwszego wejścia Marzeny. Jakby nie było w warunkach wciąż jeszcze zimowych, choć już bez ujemnych temperatur.
To jest w Górach najpiękniejsze, że nawet widoczną liną nie trzeba być ze sobą powiązanym, by iść na jednej linie...
ZDJĘCIA - Zawrat
Pierwszym kierunkiem jaki obraliśmy, były Granaty - podejściem od Kuźnic żółtym szlakiem do schroniska w Murowańcu, a następnie niebieskim z widokami na Kościelec. Przyjemnie szło się w otoczeniu świeżej, wiosennej zieleni, miejscami pokrytej jeszcze warstwą śniegu, w delikatnie ogrzewającym słońcu, tu i ówdzie słuchając szumu wezbranych potoków. Minąwszy Czarny Staw Gąsienicowy, rozpoczęliśmy podchodzenie żółtym szlakiem ku Granatom. Początkowo dość słoneczna pogoda zaczęła się zmieniać - pojawiało się coraz więcej chmur, z oddali dochodził odgłos burzowych grzmotów. Do szczytu brakowało nam jakiejś godziny wspinaczki, gdy zaczął padać deszcz, co wpłynęło na decyzję o odwrocie. Jak się potem okazało przelotny i jeden z kilku gwałtownych, jakie spadły jeszcze tego dnia.
ZDJĘCIA - Granaty
Drugi dzień pobytu rozpoczęliśmy od wejścia na Kościelec. Mimo ciepła i sporej wilgotności powietrza, cała wędrówka odbyła się pod znakiem chmur i mgieł, a słońce wyłoniło się zaledwie na krótką chwilę, by oświetlić szczyt Kościelca, gdy znajdowaliśmy się na Przełęczy Karb. Była to tylko chwila, ale jedna z tych, które w górskim krajobrazie są najpiękniejsze i ukazują nie tylko zmienność, ale przede wszystkim urok gór i magię przyrody. Gdy dotarliśmy na szczyt, czekało na nas mgliste mleko, widoczność kilku metrów i kilkoro innych "tatrołazów". Schodząc z Kościelca, już na wysokości Przełęczy Karb i poniżej niej, natknęliśmy się kilkakrotnie na grupki turystów podążających w górę po sporej jeszcze, ale mało stabilnej warstwie śniegu... w adidasach. Niektórzy zawrócili i zrezygnowali z kościelcowych planów, niektórzy poszli dalej, choć zarzekając się, że sam Kościelec odpuszczą. Gdy mijaliśmy tych ludzi, zastanawiałam się, o czym oni myślą, idąc w tych adidasach? Czy choć jeden z nich pomyślał, że przez własny brak rozwagi może przysporzyć kłopotów TOPRowcom?
Po powrocie do Murowańca zjedliśmy obiad i korzystając z tego, że do nadejścia zmroku pozostało jeszcze sporo czasu, wybraliśmy się na Kasprowy Wierch. Widoki we mgle nie były nawet takie złe, choć mimo kolejnych przebytych metrów, bardzo podobne do siebie. :)
Dzień zakończyliśmy przy grze planszowej, układając słowa.
ZDJĘCIA - Kościelec, Kasprowy Wierch
Trzeciego i ostatniego dnia pobytu w Tatrach, pogoda wynagrodziła nam dwa poprzednie dni i ku Zawratowi poprowadziło nas słońce. Pięknie prezentował się Kościelec, ale on już chyba tak ma, że nawet jak nie wchodzi się na niego, a tylko go mija lub widzi się go z daleka, to jednak zawsze się człowiek "nad" nim zatrzyma i zaduma. To taka Góra wśród Gór, można rzec, że taki trójkąt równoramienny wyłaniający się spośród innych grani - a jednak posiada pewien niezaprzeczalny majestat i oczy, i myśli ku niemu się zwracają...
Wejście na Zawrat było naszym kolejnym wejściem, ale nie było powtórzeniem obecności na tej Przełęczy. Każdy z nas wniósł tutaj coś swojego wewnątrz siebie, a wszyscy znieśliśmy dumę z pierwszego wejścia Marzeny. Jakby nie było w warunkach wciąż jeszcze zimowych, choć już bez ujemnych temperatur.
To jest w Górach najpiękniejsze, że nawet widoczną liną nie trzeba być ze sobą powiązanym, by iść na jednej linie...
ZDJĘCIA - Zawrat
poniedziałek, 20 maja 2013
9 czerwiec (niedziela) Słowacki Raj
Po wstępnych uzgodnieniach z Guru, planujemy 9 czerwca wypad do Słowackiego Raju.
Wstępny plan jest taki:
1. Zaczynamy w Cingov (tam mamy Parking)
2. Tomasovski wyhlad

3. Klastorska Roklina
4. Klasztorzysko
5. Obrovsky Vodopad
Potem powrót przez Klasztorzysko do Cingova.
Cingov - Tomaszowski Vyhlad 1h15'
Tomaszowski Vyhlad - Klastorska Roklina 2h45'
Klastorska Roklina - Klasztorzysko: 0h35'
Klasztorzysko - Obrovsky Vodopad: 1h50'
Obrovsky Vodopad - Klasztorzysko 0h50'
Klasztorzysko - Cingov 2h20'
RAZEM bez postojów 9h:35'
Zdjęcia z internetu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



