piątek, 29 marca 2013

23/24 luty 2013 – Wyrypa Beskidzka, edycja zimowa

Była  to  właściwie  I  Samozwańcza  Zimowa  Wyrypa  Beskidzka,  gdyż  odbyła  się  ona  bez  udziału  pomysłodawcy  i  organizatora  cyklu  Wyryp,  Marka  Bytom  z  katowickiego  klubu  Namaste,  który  na  kilka  dni  przed  wyznaczonym  terminem  odwołał  wydarzenie,  za  przyczynę  podając  „bardzo  trudne  warunki  na  beskidzkich  szlakach”.  Na  osobę  Marka  została  już  pchnięta  fala  ocen  i  krytyki,  więc  swojej  kropli  do  tej  fali  nie  dodam.  Jako  pomysłodawca  i  organizator  miał  prawo  podjąć  taką  decyzję  i  ją  podjął.  My  podjęliśmy  własne  decyzje  i  postanowiliśmy  jednak  na  trasę  Wyrypy  wyruszyć,  spontanicznie  i  niezależnie  od  siebie  formując  grupę  kilkudziesięciu  osób,  które  zgodnie  z  planem  stawiły  się  na  starcie,  by  zmierzyć  się  zarówno  z  zimowymi  warunkami  na  beskidzkich  szlakach  jak  i  z  sobą  samym.

Ideą  Wyrypy  Zimowej  jest  przejście  dystansu  50-ciu  km  w  czasie  26-ciu  godzin  wyznaczoną  wcześniej  trasą,  która  wiedzie  beskidzkimi  szlakami.  Pierwsi  uczestnicy  Wyrypiarze  –  Samozwańcy  pojawili  się  w  miejscu  startu,  czyli  Chacie  na  Zagroniu  już  wczesnym  sobotnim  rankiem.  Kolejni  (m.in.  nasza  czwóreczka)  meldowali  swoją  gotowość  do  wyruszenia  troszkę  później,  a  przed  południem  wszyscy  uczestnicy  znajdowali  się  już  na  szlaku.
Trasa  tegorocznej  zimowej  edycji  rozpoczynała  i  kończyła  się  we  wspomnianej  Chacie  na  Zagroniu,  skąd  żółtym  szlakiem  wiodła  przez  Lipowską  na  Rysiankę.  Następnie  szlakiem  czerwonym  na  Trzy  Kopce  i  dalej  niebieskim  na  Krawców  Wierch.  Tutaj  znów  pojawiał  się  kolor  żółty,  który  prowadził  nas  przez  Glinkę  i  Soblówkę  do  szlaku  czarnego,  a  ten  z  kolei  do  schroniska  na  Rycerzowej.  Stąd  droga  wiodła  przez  Kotarz,  Muńcuł  i  Ujsoły,  a  z  nich  już  niedaleko  było  do  osiągnięcia  mety,  na  którą  kierowaliśmy  się  szlakiem  czarnym.

Pogoda  była  dla  nas  dość  łaskawa,  choć  niestety  słońce  zza  chmur  wyjrzało  tylko  raz  na  krótką  chwilę  i  po  raz  kolejny  już  się  nie  pokazało.  Podczas  marszu  było  nam  jednak  ciepło  i  kolejne  warstwy  odzieży  trafiały  do  plecaków.  Od  czasu  do  czasu  wiał  wiatr,  a  momentami  przypominał  nam  o  sobie  także  padający  śnieg,  Ogólnie  jednak  warunki  pogodowe  nie  były  złe  i  nie  utrudniały  nam  wędrowania  w  sposób  ciągły.  Z  warunkami  terenowymi  bywało  różnie,  ale  każdy  kto  wyruszał  na  trasę  Wyrypy,  miał  świadomość  czego  mniej  –  więcej  spodziewać  się  zimą,  więc  większego  zaskoczenia  nie  było.  Przypuszczam,  że  Ci  z  uczestników  beskidzkich  zmagań,  którzy  regularnie  wędrują  po  górach,  nie  raz  doświadczyli  już  warunków  gorszych  lub  nawet  spartańskich.
Szlaki,  którymi  wędrowaliśmy  nie  były  rewelacyjnie  przetarte,  jednak  przedeptane  troszkę  tak  i  raczej  trudno  byłoby  się  zgubić.  Na  temat  uciążliwości  trasy  pojawiłoby  się  tyle  zdań,  ile  osób  ukończyło  Wyrypę  –  jednym  bardziej  dał  się  we  znaki  odcinek  prowadzący  na  Krawców  Wierch,  innym  podejście  na  Rycerzową,  jeszcze  inni  wskazaliby  na  Kotarz  i  Muńcuł,  które  znalazły  się  w  drugiej  połowie  trasy  i  rzeczywiście  były  już  słabo  przetarte.  Ten  etap  wymagał  największego  przekopywania  się  przez  zalegający  śnieg,  którego  raz  mieliśmy  po  kolana,  a  w  pewnym  momencie  prawie  po  pas.  Odcinek  ten  pokonywaliśmy  już  późną  nocą  i  chyba  tutaj  najbardziej  odczuliśmy  też  wietrzną  zadymkę.

Atmosfera  podczas  Wyrypy  pokazała,  że  warto  organizować  takie  wyprawy,  gdyż  biorą  w  nich  udział  ludzie,  którzy  naprawdę  lubią  to,  co  robią  i  czują  klimat  gór.  Ludzie,  dla  których  wysiłek  nie  jest  powodem  do  narzekania,  choć  zapewne  nie  jednemu  Wyrypowiczowi  przeszło  przez  myśl  „mam  dość”,  gdy  wpadł  w  kolejny  śnieżny  dołek  lub  zdzierał  mięśnie  na  podejściu.  Satysfakcja  po  przejściu  tych  50-ciu  kilometrów  jest  jednak  na  tyle  duża,  że  chyba  nikt  kto  je  przeszedł,  nie  powiedziałby,  że  nie  było  warto.
Nam  się  udało  –  w  dobrych  nastrojach,  bez  nieprzyjemności  po  drodze,  bez  uszkodzeń  ciała  i  umysłu. :)
Mam  nadzieję,  że  do  zobaczenia  za  rok  w  tym  samym  a  nawet  większym  składzie. :)

ZDJĘCIA

czwartek, 28 marca 2013

18 luty 2013 – Kasprowy Wierch – Beskid

Połączeniem  przyjemnego  z  pożytecznym  można  byłoby  określić  tą  wędrówkę,  którą  postanowiliśmy  odbyć  w  ramach  treningu  przed  zbliżającą  się  Zimową  Wyrypą  Beskidzką  (o  której  to  słów  kilka  znajdzie  się  w  kolejnym  poście).

Kasprowego  Wierchu  nie  wybraliśmy  przypadkowo  –  wprawdzie  do  najwyższych  szczytów  nie  należy,  jednak  ze  swymi  1987 – ma  metrami  n. p. m.,  wydawał  się  być  całkiem  dobrym  miejscem,  w  którym  w  warunkach  zimowych  mogliśmy  troszkę  zapolować  na  świeże  czerwone  krwinki.  :)  Dłuższe,  ciągłe  podejścia  i  zejścia  zadbały  natomiast  o  rytmiczną  pracę  mięśni  nóg,  czego  także  było nam trzeba.
W  dużej  mierze  do  udania  się  na  Kasprowy  i  sąsiadujący  z  nim  Beskid,  zachęciły  nas  prognozy  pogody,  zapowiadające  słoneczny  dzień,  co  dawało  z  kolei  szansę  na  wspaniałe  widoki  ze  szczytów.  Dlatego  też  z  Kuźnic  wyruszyliśmy  z  dużymi  apetytami  na  to,  co  chcieliśmy  ujrzeć  u  celu.
W  trakcie  całej  wędrówki  podążaliśmy  szlakiem  żółtym,   jednak  już  początkowy  odcinek  do  Murowańca  zgasił  nieco  nasze  nadzieje,  gdyż  słońca  jakoś  wcale  nie  było  widać,  za  to  chmury  unosiły  się  praktycznie  wszędzie  i  raz  mniej,  raz  bardziej  ograniczały  widoczność.  Dopiero  w  rejonie  Karczmiska  zza  chmur  tych  nieśmiało  zaczęło  wyłaniać  się  słońce  i  z  każdym  kolejnym  krokiem  przybliżającym  nas  do  Hali  Gąsienicowej,  świeciło  coraz  intensywniej.  Skąpana  w  słonecznych  promieniach  biel  śniegu  pięknie  uwydatniła  błękit  nieba  i  grań  Kościelca.  Również  Kasprowy,  sam  w  sobie  pozbawiony  efektownej  rzeźby  geologicznej,  za  to  pokryty  grubą  warstwą  śniegu,  wspaniale  prezentował  się  w  takich  warunkach  pogodowych  –  jak  pod  warstewką  białego  atłasu.  Zachęceni  otaczającymi  nas  bajkowymi  widokami,  skróciliśmy  śniadaniową  przerwę  w  schronisku  do  minimum,  by  jak  najszybciej  rozpocząć  najprzyjemniejszy  etap  naszej  wędrówki,  czyli drogę  ku  szczytowi.  Słońce  przyjemnie  nas  ogrzewało,  wprowadzając  nastrój  rozleniwienia,  a  gdy  w  południe  dotarliśmy  na  Kasprowy,  a  chwilę  później  na  Beskid,  wiedzieliśmy  już,  że  z  zejściem  spieszyć  się  nie  będziemy.  Czekały  na  nas  tak  piękne  panoramy  Tatr  polskich  i  słowackich,  że  nie  przeszkadzali  nam  nawet  turyści  dość  licznie  wjeżdżający  pod  szczyt  kolejką.  Otaczające  nas  szczyty  i  stoki  wyglądały  jak  posypane  cukrem  pudrem,  pomiędzy  nimi  unosiły  się  chmury,  śnieg  mienił  się  srebrzystymi  iskierkami.  Schodzenie  rozpoczęliśmy,  gdy  szaro – bury   „chmurosmog”  znad  Zakopanego  zaczął  przesuwać  się  wraz  z  wiatrem  ku  Murowańcowi.  Niestety  już  w  połowie  stoku  znaleźliśmy  się  w  tej  szarzyźnie,  która  towarzyszyła  nam  przez  całą  dalszą  drogę  powrotną  aż  do  Kuźnic.
Niemniej  jednak  nie  przysłoniło  to  pozytywnych  wrażeń  z  wędrówki  i  jeszcze  nie  jeden  raz  na  Kasprowym  staniemy,  gdyż  jest  to  jeden  z  najpiękniejszych  punktów  widokowych  w  Tatrach.
Godny polecenia :)

 ZDJĘCIA

piątek, 22 marca 2013

02/03 luty 2013 – Morskie Oko – Czarny Staw Pod Rysami

http://youtu.be/si1r7UeakqY

To  pierwsze  nasze  lutowe  spotkanie  z  Tatrami  nazwałabym  raczej  spotkaniem  w  Tatrach  –  a  to  za  sprawą  tego,  że  odwróciliśmy  tym  razem  proporcje  i  więcej  było  w  tym  czasie  Wędrowca  niż  wędrowania.  I  to  właśnie  w  związku  z  osobą  owego  Wędrowca,  nasunęła  mi  się  na  myśl  piosenka, która  stała  się  wstępem  do  słów  zawartych  w  pisanym  tutaj  wspomnieniu  z  naszego  tatrzańskiego  wyjazdu.
Zanim  jednak  odniosę  się  do  piosenki,  wspomnieć  muszę  również  Mariusza,  który  działał  z  mocą  „Kropelki”,  wychodząc  z  inicjatywą  do  szerszego  grona  i  sklejając  wszystkie  kawałeczki  organizacyjne  tego  wyjazdu  w  jedną  całość.  Wspomnieć  należy  także  tych,  którzy  nie  mogli  być  z  nami  osobiście,  ale  byli  obecni  myślami.  Dziękujemy. :)

A  teraz  Wędrowiec.  Janek,  który  zgromadził  wokół  siebie  wielu  przyjaciół,  połączył  pokolenia  i  dał się  poznać  wielu  z  nas  jako  Człowiek,  który  mógłby  powiedzieć  o  sobie:
Wędruję  ścieżką  od  ciebie  do  ciebie,  droga  prowadzi  przeważnie  przez  góry  -  przez  świat  zatopiony  wierzchołkami  w  niebie.
Ci  zaś,  którzy  dzielą  z  Jankiem  szlaki  i  wspinają  się  z  Nim,  wspólnie  spoglądając  z  tych  niższych  i  tych  wyższych  szczytów,  mogliby  powiedzieć,  że:  góry  to  Jego  spiętrzone  marzenia  i  w  górach,  jak  one  rośnie  ku  niebuMorze  szczytów  Go  w  żeglarza  przemienia –  sterującego  coraz  dalej  od  brzegu.
W  żeglarza,  który  wychodząc  na  szlak  z  towarzyszami,  nie  zapomina  o  towarzyszach  podczas  stawiania  kolejnego  kroku  i  zbliżania  się  do  szczytu.  Kiedy  trzeba  –  prowadzi,  kiedy  trzeba  –  asekuruje.  Uczy  cierpliwością,  czujnością,  poprzez  samą  swoją  obecność  dzieli  się  swoim  doświadczeniem  z  mniej  doświadczonymi.  Z  udziałem  Janka  pomnażamy  nasze  majątki  –  wspomnienia,  zamiłowanie  do  gór  i  poczucie  humoru,  a  także  poziom  cukru  we  krwi. ;)
Mamy  nadzieję,  że  dzięki  temu  wyjazdowi  Janek  dostrzegł  w  sobie  to,  co  my  w  Nim  dostrzegamy,  a  dzięki  nowym  butom  jeszcze  na  nie  jednym  szczycie  z  nami  stanie.  A  raczej  my  z  Nim. :)

Drugi  dzień  pobytu  w  Tatrach  rozpoczęliśmy  od  śniadania,  po  którym  udaliśmy  się  zasypaną  taflą  Morskiego  Oka  nad  Czarny  Staw.  Pochmurna  pogoda  nie  popsuła  nam  nastrojów  i  przekopując  się  w  śniegu,  przypomnieliśmy  sobie  trochę  czasy  beztroskiego  dzieciństwa  i  zabawy  w  śniegu.  Do  schroniska  powróciliśmy  tą  samą  trasą  na  drugie,  większe  i  bardziej  syte  śniadanie,  po  którym  udaliśmy  się  w  drogę  powrotną  do  Palenicy i  do  domów.


ZDJĘCIA

czwartek, 21 marca 2013

27 styczeń 2013 – Dolina Pięciu Stawów Polskich

Oprócz  drogi  szerokiej,  oprócz  góry  wysokiej,  oprócz  błękitnego  nieba,  nic  mi  dzisiaj  nie  potrzeba...  Tymi  słowami  Marka  Jackowskiego  można  byłoby  podsumować  naszą  kolejną  zimową  wędrówkę.  Z  tą  jednak  różnicą,  że  w  czasie  jej  trwania  przyjaciele  byli  blisko.  Inaczej  niż  w  piosence. :)

Wyruszyliśmy  czerwonym  szlakiem  z  Palenicy  Białczańskiej,
  podążając  następnie  Doliną  Roztoki  i  kierując  się  do  schroniska  w  Dolinie  Pięciu  Stawów.  Niestety  nie  wyruszyła  z  nami  szarlotka,  którą  skonsumowaliśmy  już  na  parkingu.
Początek  podejścia  czarnym  szlakiem  próbował  niektórych  z  nas  trochę  bardziej  wykończyć,  jednak  nikogo  to  nie  zniechęciło  i  każdy  dzielnie  piął  się  do  góry.  I  słusznie,  gdyż  nasz  wysiłek  został  wynagrodzony  wspaniałymi  widokami  tonących  w  bieli  i  rozświetlonych  słońcem  stoków  i  szczytów,  oprawionych  błękitem  nieba.  Widoki  te  sprawiły,  że  w  jednej  chwili  przestało  istnieć  zmęczenie,  a  jego  miejsce  zajął  zachwyt  nad  tym,  co  wznosiło  się  wokół  nas  i  radość,  że możemy  tego  piękna  doświadczać  i  poprzez  swoją  obecność  w  nim,  być  jego  maleńką  częścią.  Jeśli  ktoś  z  nas  kilka  godzin  wcześniej,  ciemnym  jeszcze  porankiem,  z  niechęcią  opuszczał  ciepłe  łóżko,  to  z  pewnością  już  o  tym  nie  pamiętał.
Prowadzeni  słońcem,  dotarliśmy  do  schroniska  w  Dolinie  Pięciu  Stawów,  gdzie  tradycyjnej  już  przerwie  śniadaniowej  tym  razem  zamiast  ciasta  towarzyszyły  salwy  śmiechu,  wywołane  przez  Janka, który  całkiem  przypadkiem  udowodnił,  że  czerwony  plecak  to  czerwony  plecak,  a  to  że  jego  zawartość  może  być  różna,  to  już  trochę  inna  kwestia. :)
Po  wyjściu  ze  schroniska  okazało  się,  że  pogoda  ma  nieco  inne  plany  wobec  nas,  niż  my  wobec  niej  i  chmury  zaczęły  przysłaniać  słońce.  Ze  względu  na  pogarszającą  się  widoczność,  ograniczyliśmy  się  do  spaceru  przez  Wielki  Staw  i  niebieskim  szlakiem  zrobiliśmy  pętelkę,  mijając  schronisko  w  Dolinie,  zamarzniętą  Siklawę,  stadko  kozic  i  zeszliśmy  zielonym  szlakiem  ku  Roztoce  i  dalej  do  Palenicy.

ZDJĘCIA

poniedziałek, 11 lutego 2013

19 styczeń 2013 - Zmarzły Staw

Nasze pierwsze tegoroczne spotkanie z Tatrami w pełni zimowej krasie. Rozpoczęliśmy je w Kuźnicach, kierując się żółtym szlakiem przez Dolinę Jaworzynki do Przełęczy Między Kopami i szlaku niebieskiego, a ten z kolei doprowadził nas do schroniska Murowaniec.

Od początku naszej drogi czekały na nas szlaki pokryte wszechobecną bielą śniegu – na niektórych odcinkach już całkiem dobrze przetarte, na niektórych nogi musiały trochę bardziej popracować, byśmy mogli podążać do przodu i wyżej. O wiele przyjemniej wędrowałoby się w ciągłym cieple delikatnych promieni słońca, ale czasami tak bywa, że nie można mieć wszystkiego równocześnie. Tym razem do pełni szczęścia musiały nam wystarczyć skąpane w lekkim mrozie białe pejzaże, od czasu do czasu podkreślone refleksami słońca, które w dniu naszej wędrówki najwyraźniej wolało grać z chmurami w berka. :)
Widoki te były jednak na tyle wspaniałe, że nasza radość z wędrowania wcale nie skurczyła się do rozmiaru „S” - biel śniegu pokrywająca wszelkie nierówności terenu od niższych partii reglowych aż po szczyty gór, w niepowtarzalny sposób uwydatniła przestrzeń, w której się znajdowaliśmy. Biel, która pozornie jest kolorem bez koloru i kształtu, w połączeniu z nierównościami terenu, stworzyła trójwymiarowe układy świateł i cieni.
Przy śniadaniu w schronisku ustaliliśmy dalszy przebieg trasy, czyli przejście przez Dolinę Gąsienicową i zamarzniętą taflę Czarnego Stawu Gąsienicowego, by następnie podejść pod Zmarzły Staw. Nad Karbem ćwiczyli TOPR-owcy (wtedy podejrzewaliśmy poważną akcję ratowniczą), w Koziej Dolinie kursanci szkolenia turystyki wysokogórskiej. Osiągnąwszy wyznaczony cel, powróciliśmy do Murowańca, a potem niebieskim szlakiem do Kuźnic.

Mało przyjemnym, a dość smutnym widokiem spod Karczmiska był grafitowy smog unoszący się nad Zakopanem, do którego musieliśmy powrócić. Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, że żyjemy w takim brudzie i że jest to zjawisko o aż tak ogromnej skali. Dopiero kontrast grafitu z bielą gwałtownie przypomina o tym, że w miastach nie widzimy słońca nie dlatego, że zakrywają go chmury, ale dlatego, że to słońce po prostu nie może wydobyć się zza tego smogu...

ZDJĘCIA

niedziela, 10 lutego 2013

25 listopad 2012 - Zawrat

Parafrazując Bułhakowa, można by powiedzieć o tej wędrówce Mistrz i Magdalena, z tą jednak różnicą, że w drodze ku Zawratowi szaleństwo Mistrza było zdrowe, dzięki czemu Magdalena duszy diabłu nie sprzedała. ;)

W planie naszego wyjazdu pewne było właściwie tylko to, o której godzinie należało wstać, by zdążyć na poranny autobus do Zakopanego i że wejście w Tatry rozpoczynamy w Palenicy Białczańskiej. Stamtąd wyruszyliśmy do Doliny Pięciu Stawów zielonym szlakiem przez Dolinę Roztoki, gdzie podczas rozmowy wyklarował się pomysł Zawratu (buty Mistrza przedeptały już wszystkie szlaki poprowadzone Doliną Pięciu Stawów, a Magdalenie do „kolekcji pięciostawiańskiej” brakowało tylko Zawratu).
Dotarłszy czarnym szlakiem do schroniska, zjedliśmy śniadanie, na którym pojawił się także ambasador, gdyż jak zapewne dobrze wiedzą uczestnicy wypraw z udziałem Janka, Mistrz bez swojej ciasteczkowej „świty” na szlak nie wychodzi :)
Ze świeżym zapasem cukru we krwi opuściliśmy schronisko, kierując się niebieskim szlakiem w kierunku Zawratu. Pomimo typowo przedzimowej aury z niewielką już ilością słońca, jednak nas to słońce poprowadziło na przełęcz. Wędrowało się przyjemnie – wśród sporej ilości płowiejącej złocisto rudawej sit skuciny, prawie całkiem pustym szlakiem. Na Zawracie przystanęliśmy na dłuższą chwilę, by bez pośpiechu popatrzeć na chmury unoszące się nad tatrzańską granią pomiędzy Gładkim Wierchem i Walentkowym Wierchem. Zamieniliśmy też kilka słów z młodymi wspinaczami w pełnym rynsztunku (uprzęże, liny, kaski, raki), przygotowującymi się do zejścia niebieskim szlakiem w stronę Zmarzłego Stawu. My również wybraliśmy tą opcję i założywszy raki, wyruszyliśmy w drogę. Minęliśmy Zmarzły Staw i Czarny Gąsienicowy, w schronisku Murowaniec zatrzymaliśmy się na herbatę. Ponieważ czas spieszył się bardziej niż my i dzień zaczynał ustępować miejsca nadchodzącej nocy, żwawym tempem, ze światełkiem czołówki kontynuowaliśmy zejście niebieskim szlakiem przez Karczmisko do Kuźnic, gdzie okazało się, że to jeszcze wcale nie koniec naszej wędrówki, gdyż nie czekał tam na nas żaden bus. Piechotą dotarliśmy więc do Ronda Chałubińskiego, a tam pełni uznania dla naszych nóg, wywiesiliśmy białą flagę i złapaliśmy taksówkę, by dotrzeć do zakopiańskiego dworca.
Dyskusję o tym kto kogo bardziej tym Zawratem wykończył, pozostawiliśmy sobie na kolejny dzień. :)

ZDJĘCIA

11 listopad 2012 - Rysianka - Romanka

Częściową inspiracją naszego wyjazdu w Beskid Żywiecki była odbywająca się w tym samym terminie wędrówka grupy Marka Bytom z katowickiego klubu Namaste (w ramach zainicjowanej przez niego akcji cyklicznych wędrówek beskidzkich „Namaste czeka”).

My jednak nie wyruszyliśmy z Rajczy, a zmodyfikowaliśmy trasę i rozszerzyliśmy ją o wejście na Romankę.
Naszym punktem startowym i metą była Sopotnia Wielka Kolonia, skąd podążając za kolorem niebieskim, liczną i dość rozciągniętą po szlaku grupą, dotarliśmy do schroniska na Rysiance. Dotarł z nami także pokaźnych rozmiarów grzyb, którego Leszek wypatrzył po drodze. W schronisku ulżyliśmy nieco naszym plecakom, wypakowując z nich pyszne śniadania i przekąski. Niektórzy przynieśli ze sobą tego tyle, że wystarczyłoby jeszcze na obiad... :)
Ponieważ mimo wiatru sprzyjała nam pogoda, a czasu do nadejścia grupy katowickiej było sporo, postanowiliśmy nie marnować takich warunków i udaliśmy się na Romankę szlakiem żółtym. Część naszej grupy wybrała inny rodzaj aktywności w chacie nieopodal, z planem rozpalenia ogniska. [poza chatą ;)]
A na tych, którzy zdecydowali się jednak iść dalej, czekały wspaniałe panoramy i kolorowe pejzaże, w których barwy późnej jesieni przeplatały się z wieczną zielenią iglaków i pierwszymi śladami zbliżającej się zimy. Słońce pięknie to oprawiło swoimi refleksami. Na Romance zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie, na którym nasz tatrzański Łoś zamienił się w beskidzkiego Anioła, a po zejściu na Halę Rysianki spotkaliśmy się z katowicką grupą Marka.
Do Sopotni wróciliśmy po wcześniej pozostawionych śladach i choć nie zrobiliśmy tym razem „pętelki”, to jednak wyjazd uznaliśmy za udany. Mimo iż nie było to przejście wśród pasm tatrzańskich, Tatry ukazały nam się na horyzoncie. :)

ZDJĘCIA